Maksymalne przyspieszenie

19 czerwca 1987 roku, rankiem, Ziemia weszła w zasięg komety Rhea-M i pozostała w nim przez kolejne osiem dni. To, co wówczas zaczęło się dziać na naszej planecie, przypominało istną rzeź. Pod wpływem fal magnetycznych wszelkie maszyny ożyły i zaczęły walkę z ludźmi. Samochody, piły, helikoptery, automaty do kawy zapragnęły zemsty na swoich twórcach i siały zniszczenie na masową skalę. „Maksymalne przyspieszenie” nie cieszyło się zainteresowaniem widzów (nie zarobiło nawet tyle, by pokryć koszty produkcji). Być może dlatego, że było zbyt piorunującą mieszanką szalonego scenariusza, muzyki AC/DC oraz kokainowego ciągu, w którego samym środku znajdował się wtedy autor. Jeszcze długo po premierze King tłumacząc, dlaczego już nigdy nie zabrał się za reżyserię, odsyłał dziennikarzy do swojego pierwszego filmu, mówiąc: „Wystarczy, że go zobaczycie”. Mimo to obraz w reżyserii mistrza grozy ma swoich fanów, którzy nadali mu status filmu kultowego (nie tylko ze względu na porywającą muzykę AC/DC). Powodu między innymi można szukać w charakterystycznym kingowskim rysie postaci oraz sytuacji rozgrywających się wśród zamkniętej społeczności. Mistrz horrorów umie udowodnić, że od barbarzyństwa dzieli nas zaledwie kilka dni bez prądu, wody i jedzenia. Nie potrzebujemy więcej czasu, by przypomnieć sobie, że tak naprawdę chodzi i zawsze chodziło o to samo – zapewnić bezpieczeństwo sobie oraz swoim bliskim. A kiedy w niewielką społeczność uderza piorun (lub kometa wysyła fale jak w „Maksymalnym przyspieszeniu”) zaczynamy być świadkami testu: jak zachowają się poszczególni bohaterowie opowieści? To, co jeszcze wczoraj było zbyt straszne, by przyjść nam do głowy, nagle staje w progu i nie ma zamiaru sobie pójść. „I co teraz zrobisz? Zaprzeczaj, zwariuj, uciekaj albo walcz. Życie, jakie znałeś, właśnie się skończyło” – zdaje się mówić King.